“Złota skóra”, Carla Montero

Początek ubiegłego stulecia. Wiedeń. Arystokraci rozkochani w malarstwie i urokach życia topionego w marihuanie i alkoholu. Piękne kobiety. Mężczyźni z zasadami. Niegodziwcy zasad zupełnie pozbawieni. Przemoc i czułość.  I seryjne morderstwa. Wymarzona sceneria dla klasycznego kryminału. Złota skóra jest jednak czymś więcej. Brutalne zbrodnie i poszukiwania ich sprawcy, stają się tutaj przyczynkiem do opowiedzenia o pięknych uczuciach. O ludziach, którzy kochają mimo konwenansów, różnic społecznych i dramatycznych wydarzeń. O intuicji, która zdaje się nigdy nie zawodzić i której z takim uporem zwykle się opieramy.

Carla Montero z uwagą obserwuje swoje postacie i z łatwością zaprzyjaźnia je z Czytelnikiem. Bez większego wysiłku zostajemy uwikłani w opowieść, a jest ona na tyle urokliwa, że nawet niezwyczajne okoliczności śmierci kolejnych ofiar, nie zachęcają Czytelnika by wrócił do własnej rzeczywistości.

Tropienie zabójcy bez testów DNA, obrazów z ulicznego monitoringu, billingów telefonicznych i torebek foliowych na dowody z miejsca zbrodni, zmienia zupełnie sposób prowadzenia śledztwa, do którego jesteśmy dzisiaj przyzwyczajeni. To bardzo odświeżające doznanie. Trzeba przyznać, że kandydatów na seryjnego mordercę jest w Złotej skórze niemało i do końca borykamy się ze wskazaniem faktycznego sprawcy.

Powieść Carli Montero to kryminał zatem czy romans? Najlepszym wydaje się określenie jej, pasjonującą historią o miłości, której nieustannie towarzyszy niemal doskonała, zabójcza intryga.

Wiarygodna. Krwawa i piękna zarazem. Historia o dwóch skrajnych obliczach ludzkiej natury. Pozostaje jedynie zastanowić się, czy rzeczywiście jedna jest w stanie istnieć bez drugiej?