“Trzy billboardy za Ebbing, Missouri”, reż. Martin McDonagh

Jest sztuką opowiedzieć historię tragiczną tak, by widz mógł jednocześnie poczuć jej ciężar, ale i uśmiechnąć się do życia. Zachowując subtelność, wykrzyczeć ból i cierpienie. W postaci wydawałoby się z gruntu negatywnej, poszukać pierwotnych pokładów dobra. “Trzy billboardy…” dotyka widza, ale pozwala nie tracić nadziei do końca.

Amerykańska prowincja. Leniwe tempo życia. Alkohol i niespełnione ambicje. Prawo traktowane z przymrużeniem oka i damscy bokserzy jako element miejscowego folkloru. W tym wszystkim nieugięta matka, bezkompromisowo szukająca sprawiedliwości dla swojej zgwałconej i zamordowanej córki. Umieszczenie przez nią na trzech, zapomnianych przez świat billboardach, kontrowersyjnej wiadomości, uruchamia lawinę nieprzewidzianych wydarzeń w miasteczku. To one staną się papierkiem lakmusowym ludzkich charakterów. Na światło dzienne wyjdą wady jednych i głęboko skrywane zalety innych.

Główna postać grana przez Frances McDormand budzi skrajnie pozytywne emocje. Być może dlatego, że nie pozostało jej już nic więcej do stracenia. Poza cierpieniem, nad którym raczej panuje, nic nie jest w stanie nią zachwiać. Nie przebiera zatem w środkach. Jest niewiele rzeczy, których się boi. Ma jeden cel i poza nim nic więcej się nie liczy. Lubimy takie charaktery. Tęsknimy do nich prywatnie i utożsamienie się z nimi przychodzi nam bez problemu.

Śmiech miesza się tutaj ze smutkiem, ale na szczęście nie ze łzami. Że świat bywa okrutny – już wiemy, dlatego ten film dla nikogo nie będzie wstrząsem.