“Pieśń Harfy”, Levi Henriksen

Pieśń harfy wymusza zwolnienie tempa. Jak znak STOP przy ruchliwej ulicy. Levi Henriksen zabiera nas w rozleniwioną podróż człowieka, który miał odwagę zatrzymać się w życiu i przyjrzeć mu się bez różowych okularów. Wraz z opowieścią norweskiego pisarza uciekamy od zgiełku komercyjnego świata, by ryzykując śmieszność, wsłuchiwać się w dawno przebrzmiałe dźwięki cudownej muzyki i sielskiego życia poza głównym nurtem.

Żeby bez nut pisać o dźwiękach, trzeba niezwykłej wrażliwości. Zagłębiając się w przypadłościach i urokach późnej starości, warto wiedzieć, gdzie przebiega cienka granica między taktem i jego brakiem. Wyczucie w pokazywaniu klasycznego piękna nieoczywistej miłości, to rzadko spotykana w literaturze umiejętność. Henriksen jest szczęśliwym posiadaczem wymienionych wyżej zalet, które z Pieśni harfy czynią terapeutyczny balsam na Czytelniczą, sponiewieraną duszę.

W świecie sławnych niegdyś osiemdziesięciolatków, nie ma już miejsca na radość, głębokie uczucia, ani na wiarę w ludzi. Rodzeństwo obdarzone wyjątkowymi głosami i predysponowane do przyciągania rzesz słuchaczy, żyje już tylko wspomnieniami wielkich dni i niespełnionych marzeń. Kolory ich życiu nada jednak zupełnie niespodziewanie uciekinier z królestwa masowych produkcji muzycznych. Spotkanie obu tych rzeczywistości będzie źródłem ciekawych, poruszających i zaskakujących sytuacji. Słońce i deszcz, będą się w tej historii pojawiać na zmianę. Tęczowy zestaw doznań jest tutaj gwarantem interesującej lektury.

Można odnieść wrażenie, że Pieśń harfy to wieczór z przyjacielem i lampką wina przy kominku. Ciepły, leniwy moment zawieszenia między chaosem niezbędnym do przetrwania, a harmonią, jaką daje akceptacja nieprzewidywalności życia. Czuła. Odporna na strach przed groteskowością. Zwrócona ku światłu, książka.