“Pacjentka”, Alex Michaelides

Pierwsze wrażenie jakie się nasuwa po przeczytaniu Pacjentki to przede wszystkim – dyskomfort. Psychoterapeuta jest właściwie detektywem. Zabójczyni po głębszym zastanowieniu zmienia się w ofiarę. Toksyczne związki. Ciągłe niedopowiedzenia, z których rodzą się kolejne katastrofy. Jeśli liczyliście na thriller psychologiczny, przygotujcie się raczej na obyczajówkę, owszem z trupem w tle.

Trudno powiedzieć czy w którymkolwiek momencie robi się w ogóle straszno. Dominuje za to dwuznaczność postaci, ich niejednokrotnie kompletny brak asertywności i dość proste zabiegi kryminalne. Milcząca pacjentka jakoś nie może nakłonić do wzbudzenia ciekawości tajemnicy, którą ukrywa. Wszystkie postacie miały oczywiście trudne dzieciństwo, niespełna rozumu rodziców i właściwie cudem dotrwały do dorosłości. Największym jednak grzechem książki jest to, że mniej więcej w połowie lektury, domyślamy się zakończenia.

Scena duszenia – nie chwyta za gardło. Lęk przed nieznajomym obserwatorem – pozostaje za trzymaną przez bohaterkę firanką, a brak miłości w żadnej z prezentowanych wersji czy to małżeńskiej czy rodzicielskiej – nie przenosi na Czytelnika doznania choćby namiastki straty. Alex Michaelides pozostawia nas niewzruszonymi być może dlatego, że nie wystarczy skądinąd dobrze rokujący pomysł na opowieść. Dla całości pozytywnego wrażenia, trzeba jeszcze tego geniuszu natchnionego talentem pióra. Tej ulotnej iskry, która rozpali mola książkowego z nieco wygórowanymi oczekiwaniami wobec lektury określanej mianem thrillera psychologicznego.