“Lot ćmy”, Ken Follett

Ken Follett ceni wagę słów. W jego, dość obszernej książce, nie ma miejsca na mętne opisy i rozwlekłe dywagacje. Jest za to zajmująca historia, która na żadnym etapie narracji, nie traci swojego rytmu. Każde zdanie jest cenne. Każde słowo – konieczne.

Nie trzeba być zagorzałym fanem literatury szpiegowskiej, żeby z przyjemnością śledzić losy bohaterów “Lotu ćmy”. Dania, w której rozgrywa się akcja książki, deklaruje współpracę z nazistami. Z tego też powodu, sceneria wojenna jest nieco odmienna od tej, którą powszechnie znamy. Nie spadają bomby, terror nie włada życiem codziennym cywilów, a duńscy Żydzi prowadzą prawie normalne życie. Czytelnik, może dzięki takim okolicznościom uniknąć ciężaru, zwykle towarzyszącemu tematyce wojennej.

Większość postaci to osoby młode, które tak naprawdę same, muszą zdefiniować własną postawę wobec III Rzeszy. Nie robi tego za nich kraj, w którym mieszkają. Nie ma jasnej linii podziału między wrogami i sojusznikami. Ich indywidualne wybory, stają się przez to o wiele bardziej skomplikowane. Follett podejmuje się próby wyjaśnienia przyczyn, dla których jedni z Niemcami współpracują, a inni decydują się na stawianie oporu.

Fragmenty dotyczące latania i funkcjonowania maszyn lotniczych, są ujęte w tak syntetyczny sposób, że trudno się oprzeć wrażeniu, że wystarczy przeczytać “Lot ćmy”, by bez przeszkód wsiąść do dwupłatowca i przelecieć nim Morze Północne. Autor nie popisuje się tutaj wiedzą tajemną. Nie tworzy fantastycznych wizji, ani nie dodaje postaciom przerysowanego heroizmu.

Dzieje się tak być może dlatego, że, jak przyznaje sam twórca, niektóre wydarzenia opisane w tej książce są prawdziwe.

5 1 vote
Article Rating