“Kto zabił Palomina Molero?”, Mario Vargas Llosa

Mario Vargas Llosa, z kryminału o objętości 150 stron, nie starał się na siłę stworzyć historii o niebotycznych rozmiarach. Chwała mu za to. Współcześni pisarze dla dobra Czytelników mogliby pójść podobnym tropem. Treści jest dokładnie tyle, ile trzeba, by atrakcyjnie opowiedzieć oryginalną historię o zabójstwie.

Peryferie miasteczka w Peru. Nieustępujący upał i piaszczyste szosy. Brak środków transportu policyjnego. Ubogie chaty, kozy, osły, a między nimi –  zmasakrowane, zbezczeszczone zwłoki młodego człowieka. Wszechobecne doznanie bycia obserwowanym i ciągle wyciekające tajemnice śledztwa. Akcja w “Kto zabił Palomina Molero?”, toczy się w jakimś zupełnie innym rytmie niż powszechnie znany Czytelnikowi tego gatunku. Dialogi są wyjątkowo proste, ale jednocześnie ciężkie od ilości przekazu. Nie znajdziemy tutaj subtelności w opisie ludzkich popędów i ułomności. Rzeczywistość jest twarda i nie oszczędza nikogo.

Ciekawym zabiegiem jest zestawienie zeznań świadków z ich natychmiastowymi, plastycznymi wizjami, jakie snuje jeden ze śledczych. Dzięki temu, krok po kroku, stajemy się mimowolnymi widzami dramatycznych wydarzeń. Przejścia w poszczególnych scenach są nagłe i nieoczywiste. Miejsc i osób, które się w nich znajdują, domyślamy się dopiero po jakimś czasie. Trzeba być nieustannie czujnym, a to powoduje stałe zainteresowanie na każdym etapie opowieści.

Czerstwy humor, surowe krajobrazy, zwięzły język, który wżera się w odbiorcę. Wszystko to sprawia, że kończąc lekturę, bezwiednie otrzepujemy z ramion pył peruwiańskiej, splamionej krwią, ziemi.