“Kobieta na schodach”, Bernhard Schlink

W Kobiecie na schodach, początkowo nic nie zapowiada historii o uczuciach. Jest w niej zdolny adwokat, dwójka skłóconych ze sobą klientów, piękna kobieta i obraz. I choć obraz ów, będzie osią wszystkiego, co się wydarzy, to jednak miłość w wielu odmianach, okaże się motywem przewodnim książki Bernharda Schlinka.

Główny bohater, mimo oczywistych sukcesów na niwie prawniczej, wydaje się niespecjalnie radzić sobie poza nią. Pozornie poukładane życie rodzinne, wraz z rozwojem akcji, będzie bezlitośnie demaskowane przez chłód emocjonalny i płytkość intencji. Dzieci wychowuje się tak, by nie płakały. Komunikacja między domownikami sprowadzona zostaje do absolutnego minimum. Rodzina funkcjonuje wzajemnie sobie nie przeszkadzając. Katastrofa wisi zatem w powietrzu, ale prawdę tę, prawnik odkrywa dopiero po wielu latach, jako wdowiec. Pomaga mu w tym obca, nietuzinkowa kobieta, a relacja między nimi, będzie najpiękniejszą opowieścią o trudnej miłości, jaką można przeczytać w ciągu zaledwie jednego wieczoru.

W rozdziałach skróconych do minimum, odkrywamy kolejne oblicza ludzkich namiętności, słabości i gorących uniesień. W pigułce niemal, zażywamy cynizmu, okrucieństwa i indolencji w komunikowaniu uczuć. Nie ma jednak czasu na rozczulanie się. Czytelnik ustrzega się łez, bo lektura Kobiety na schodach jest jak lekcja. Jak praktyka odbywana na symulatorze życia. Możemy ją bezpiecznie przećwiczyć, bez uszczerbku na własnej psychice, a wyciągnięcie właściwych wniosków z cudzych błędów, nie nastręcza większych problemów. Bernhard Schlink bowiem, posługuje się niezwykle sprawnym, konkretnym językiem. Jego książkę czyta się jednym tchnieniem.

Opinie Czytelników:

Katarzyna Szymańska