“Klątwa Lucyfera”, Krzysztof Bochus

Kto nigdy nie poczuł chłodu klasztornej posadzki i półmroku zakonnych korytarzy ma szansę nadrobić tę niedopuszczalną zaległość sięgając po najnowszą powieść Krzysztofa Bochusa. Pisana w czasach współczesnej nam pandemii odniesie się, jak to u Bochusa, do zamierzchłej czasem historii. Nie zabraknie klaustrofobicznych korytarzy, tajemnych przejść i naprawdę starych woluminów. Siostry zakonne będą się dzieliły na gorliwe, wątpiące, konserwatywne i nieco bardziej postępowe. W tym tyglu ludzkich charakterów i przekonań rozegra się zaskakująco pogmatwana historia z trupami w tle. Lucyferiada godna autora Czarnego manuskryptu tropiciela powiązań między sacrum i profanum.

W poszukiwaniu złodzieja i zabójcy zabłądzimy do samej Chorwacji, spotykając ciągle żywe demony jugosłowiańskiej wojny domowej. Poznamy trudne losy pacjentów szpitala psychiatrycznego, hipokryzję ludzi kościoła, kulisy niełatwego życia w zgromadzeniu zakonnym i zalążki nieśmiało rodzącego się związku, który nosi wszelkie znamiona mocno zakazanego owocu. Tajemnice. Zdrady. Niespełnione marzenia o idylli i bezwzględna pogoń za ich spełnieniem. Dopiero ostatnie strony zbliżą nas do rozwiązania zagadki i do tego momentu wcześniejsze typowanie sprawcy będzie jak szukanie szóstki w totka – nieosiągalne.

I niby Bochusa już znamy. Wiemy czego pisarz używa by zamieszać nam kryminalnie w głowach. A jednak ciągle udaje mu się nas zwieść, zaciekawić, zatrwożyć. Klątwa Lucyfera jest resetem po ciężkim dniu, rozrywką gdy już nie ma ochoty na rozrywanie się i motywacją do zgłębienia, już poza lekturą, bliższych i dalszych, poruszonych w niej wątków historycznych, o których zawsze możemy przecież dowiedzieć się więcej.

 

 

5 1 vote
Article Rating