fbpx

Katarzyna Szymańska

Recenzja dla Wiedziennik.pl

Krótkie rozdziały, bogata treść

Bernhard Schlink w „Kobiecie na schodach” stworzył portret bohaterki Ireny Adler, do kreacji której zainspirował autora obraz Gerharda Richtera „Ema. Akt na schodach”. Ema jest żoną malarza i została uwieczniona na płótnie jako postać rozmazana, niczym zdjęcie w ruchu. Podobny zabieg zastosował pisarz: tytułowej kobiety na schodach nie można do końca poznać.

Rozwiązania zagadki życiorysu tajemniczej kobiety podejmuje się prawnik, którego zadaniem jest spełnić rolę rozjemcy pomiędzy mężem a kochankiem Ireny. Spór toczy się nie tylko o kobietę, ale o jej akt – bohaterka schodzi po schodach niczym realny pierwowzór, jednak w literackiej fikcji to akt własności. Obaj mężczyźni, chociaż deklarują miłość do kobiety, chcą być posiadaczami jej malarskiej kreacji.

Powiedzenie „gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta” w powieści Schlinka jest zastosowane w sposób przewrotny. Zakochany, młody pracownik kancelarii, łamie zasady
i pomaga Irenie w ucieczce, snując wizje wspólnego dalszego życia z dala od zwaśnionych konkurentów. Jednak bohaterowi nie jest dane zasmakować szczęśliwego zakończenia, bowiem Irena zostawia nie tylko męża i kochanka, ale i jego.

Bunt kobiety objawił się trafną uwagą: każdy z zakochanych widział w niej figurę, odpowiednio trofeum, muzy i księżniczki w opałach. Czyż jednak autor nie przedstawił w podobny sposób postaci męskich? Prawnik, biznesmen, malarz – każdy z nich reprezentuje cechy charakterystyczne dla swojego zawodu. Czy tak postrzega ich Irena, czy to kreacja pisarza? Schlink celnie wypunktowuje uproszczone ocenianie ludzi na podstawie przypisanych im cech, bez poznania osoby i jej poglądów.

Okazja do weryfikacji relacji pomiędzy bohaterami nie nadarza się szybko. Fabuła „Kobiety na schodach” trwa przez kilka dekad. Konsekwencje młodzieńczego wybryku wiodą statecznego już specjalisty od fuzji do Australii, gdzie znajduje się obraz, o który toczono taki spór. To przyczynek do kolejnej walki pomiędzy biznesmenem i już światowej sławy artystą. Wszyscy bohaterowie wydarzeń ponownie spotykają się, tym razem na wyspie, w domu Ireny, która zdecydowała się wieść skromne życie, niosąc pomoc porzuconym i zaniedbanym dzieciom. To obraz kobiety schorowanej, umierającej. Zupełne przeciwieństwo tajemniczej uwodzicielki uwiecznionej na płótnie.

Historia zatacza koło, tym razem znajdując inne rozwiązanie konfliktowej sytuacji, równie emocjonalnej, jak znana z pierwszej części książki. Czytelnicy mają możliwość poznania losów Ireny. Uchylenie rąbka tajemnicy opiewa w kolejne małżeństwo, tym razem dzietne. Jednak kobieta porzuciła własne dziecko, aby ostatecznie opiekować się cudzymi. Doglądana jest w ostatnim stadium choroby przez mężczyznę, który sam w przeszłości również nie dopełnił rodzicielskiego obowiązku, zapewniając jedynie wikt, a opierunek pozostawiając żonie.

Obojgu pozostaje jedynie zabawa w „co by było, gdyby było”, niczym równoległa narracja, prowadzona przez bohatera w pierwszej osobie liczby pojedynczej, jest punktem widzenia, który przyjmują również czytelnicy. To niejako propozycja interpretacji losów bohaterki z obrazu. Schlink umiejętnie stworzył literacki odczyt dzieła sztuki, proponując rozważania nad obraną ścieżką życia, podjętymi decyzjami (ucieczka, praca, sukces i sława) i prawem do decydowania o sobie.

Katarzyna Szymańska