fbpx

Świat Ludwika

Katarzyna Szymańska

Recenzja dla Wiedziennik.pl

Intelektualna uczta

Świat według Ludwiczka” to opowiadania Louie Andersona. Twórczość amerykańskiego komika została zekranizowana w formie serialu animowanego, który nagrodzono Emmy, telewizyjnym odpowiednikiem Oscarów. Tytuł może być kluczem do wprowadzenia w „Świat Ludwika” Andrzeja Katzenmarka.

Dorosły Ludwik w powieści jest postacią zgoła tajemniczą, a jego nieprzetłumaczalny sen może być proroctwem. Podobnych cech jasnowidzących nabiera jego szwagier, Lutek. Literat umiejętnie posługuje się przekazem treści, kodując w opisach i dialogach ukryty sens. Język powieści okraszony jest smaczkami dla humanistów, nie zawiedzie także pozostałych odbiorców za sprawą retrospekcji ukazujących dawny świat PRL-u.

Filologiczne wykształcenie autora daje o sobie znać już we wstępie, określonym jako proemium – czyli krótki wywód. Żywot Ludwika przypomina mgliście „Blaszany bębenek” Güntera Grassa, którego trawestację uosabia osoba babki w pierwszym obrazku ukazującym losy bohatera (jeszcze jako Lulusia). Katzenmark unika jednak pozostałych intertekstualnych przytoczeń odrzucając chronologię wydarzeń na rzecz poruszanych zagadnień, które tworzą fabułę. Tytuły poszczególnych rozdziałów składają się na ramy owych wyimków.

Filozofia wspomniana na tylnej okładce jako wykładnia powieści, to kwestia postrzegania rzeczywistości i istnienia bytów, jednak słynne rozważania nad krzesłem zastępuje tu choinka – święta to dobry czas na refleksje ontologiczne, jakie stają się tematem przewodnim w rozmowach rodziny Ludwika. Prym wiedzie tu ojciec, co zapewne pozostaje nie bez znaczenia. To on snuje bajkę o uskrzydlonej królewnie Eleonorze, przywodząc na myśl bohaterkę „Czarownicy”, gdzie Angelina Jolie prezentuje alternatywne, ciekawe odczytanie „Śpiącej królewny”. Istotne, że obie postaci straciły skrzydła.

Znamienne, że po tej historii Ludwik obwieszcza pisanie powieści, czym nie imponuje matce. Babka Lodzia pisze pamiętnik, tymczasem jej wnuk snuje treść, która przywodzi na myśl „Tako rzecze Zatustra” autorstwa Nietschego. Natomiast życzenia noworoczne to punkt wyjścia do rozważań o postrzeganiu świata. Katzenmark wraca do podstaw i hasłowych skojarzeń poszczególnych filozofów szukających początku – arche. Prześmiewcze, jak łatwo filozoficzne dygresje prowadzą do delektowania się trunkami.

Nie brak także Kartezjańskiego cogito ergo sum. Podoba mi się myśl o poszerzeniu świata rzeczywistego o baśniowość reprezentowaną przez wróżki i inne nadprzyrodzone stworzenia – ich kreacja wynika z fantazji, jednak wypowiedź Ludwika dopuszcza istnienie ponadnaturalnych zjawisk. Wydaje się, że kwintesencją filozofii ma być kamień z wyrytym tajemniczym czterowierszem.

Czerwony księżyc, który wpływa na Lutka to ciekawy aspekt utworu literackiego. Kojarzony z gotykiem, tutaj powoduje refleksyjne rozważania, przemianę mężczyzny, który niemal staje się kotem Schrödingera. Wydarzenia składające się na fabułę to kwestia drugorzędna, ustępująca domysłom. Dywagacje stanowią sedno ponad linearnością akcji i typowym opisem zdarzeń.

Cytat z Księgi Hiobowej można zestawić z wypadkiem Teofila w bibliotece dziadka. Skutek prowadzi do rozważań nad drabiną, z której spadł chłopak, uwaga nie jest kierowana na dziecko, a na dostęp do zbiorów dziadka. To rzeczywiście ciekawy powód do dysputy nad kwestię biblioteki, brakuje jednak empatycznej wrażliwości wobec postaci Dzióbulka.

Autor nie unika także absurdów, które mają miejsce podczas wizyty Ludwika na komisariacie. Pojawiają się także literówki, co można złożyć na karby pierwszego wydania w języku polskim. Nie zadziwia natomiast zestawienie dwóch zbójców: Robin Hooda i Janosika, chociaż trudno upatrywać w mieszkańcu sherwoodzkich lasów protoplastę rodu Ludwika. Rozwodzenie się nad sprawiedliwością również nie przynosi czytelniczej satysfakcji, bowiem odbiorcę zajmuje dociekanie, kto ostatecznie spisuje wspomnienia. Przez częste wymienianie funkcji w familii w odniesieniu do poszczególnych członków rodziny, nie do końca zawsze wiadomo, czyja matka a czyja babka wypowiada się w danym momencie.

Uroboros, czyli samopożerający się wąż to kolejny przyczynek do myśli nad symboliką ceniony bardziej przez grono domowników ze świata Ludwika niż pochyleniem się nad wspomnieniem historii wojennych seniorki rodu, brakuje szacunku nad pamięcią o strasznych czasach.

Nie sposób nie dostrzec, że o wiele częściej niż o Ludwiku, narrator prawi o Lutku. Jak to szwagier, przedstawiony został stereotypowo, a mimo to budzi więcej sympatii niż tytułowy bohater zakochany w logice, ale nie korzystający z presupozycji, czego dowodzi jego przekonanie o wyższości nad staruszką, z którą wdał się w szarpaninę o zagubioną przez kobiecinę torebkę. Antypatię do Ludwika potęguje Ewa i jej retoryka, a właściwie odbiór studentki przez jej wykładowcę.

Przyroda odgrywa pewną rolę w dążeniu do odkrycia sensu zdania z kamienia, poprzedza ją stan melancholii Ludwika. Idea carpe diem została przedstawiona jako odrzucenie przyszłości w sposób kategoryczny, co stanowi ciekawe spojrzenie skupiona na teraźniejszości. Wyznający tę zasadę John – którego można tutaj swobodnie skojarzyć z everymanem – stanowi kolejny temat wyznaczający role, jakie odgrywają członkowie rodziny w często powtarzającym się schemacie: babka kwituje sprawę jednym zdaniem i jest ripostowana przez syna i wnuka, matka tytułowego bohatera odnosi wszystko do miłości, Ludwik przekłada zdarzenie na swój filozoficzny tok myślenia.

Uderzająca jest niesnaska, wynikła z wydarzeń zmierzających do kulminacji, do jakiej należy zjawienie się archeologów na konferencji z założenia dla filologów klasycznych, zupełnie jakby autor zapomniał, na czym polega humanistyka. Katzenmark postawił na baśniowość i kwiat paproci spełniający życzenie, legendarny i równie trudny do zdobycia co ów kamień filozoficzny. Łącząc rozważania z legendą, logikę z fikcją, literat stworzył zamkniętą drogę do poznania tajemnic świata, spowijając szczegóły zasłoną milczenia, jaka opadła również na tytułowego bohatera.

Książka nieodparcie przywodzi na myśl „Handlarzy czasem” Tomasza Jachimka zachowując podobną stylistykę i bogactwo formy literackiej. Trudno nie nasiąknąć owym językiem wypowiedzi. O wiele bardziej interesujące od homonimu w klasycznym wydaniu, czyli możliwości rozumienia słowa „zamek”, jest fragmenty poprzedzający wyliczanie przykładów, dotyczący nieporozumień językowych i braku uwagi do zdań zapisanych oraz zagubienie ich sensu, co nierzadko zdarza się codziennie.

Katarzyna Szymańska